Biały Szanghaj

powieść historyczną

W kolejnej części cyklu „Burzliwa epoka” Elvira Baryakina zabiera nas do Szanghaju. To metropolia, w której przedstawiciele wielkich mocarstw oraz ogólnie pojętej białej rasy mają o wiele większe prawa niż miejscowa ludność. Wszystko tu jest wielkie – budynki, interesy, przygody, a także… nieprawdopodobnie wielkie jest bogactwo we wspaniałych „białych” dzielnicach i niewyobrażalnie wielkie ubóstwo w nędznych chińskich slumsach.
W to nieprzebrane ludzkie mrowisko przybywają na przerdzewiałych okrętach tysiące rosyjskich uchodźców. Dla nich Szanghaj nie jest bynajmniej ziemią obiecaną – jest jedyną ziemią, która – z niechęcią wprawdzie – zgodziła się ich gościć.

DO KOSZYKA

Cóż to jednak za gościna… Grupy narodowościowe, klasowe i ekonomiczne są szczelnie zamknięte, nie akceptują nowych. Bez sprytu, determinacji i mnóstwa szczęścia nie sposób się utrzymać na powierzchni.
Klima i Ninę, naszych głównych bohaterów, zastajemy w chwili, kiedy kobieta podjęła już decyzję o rozstaniu z mężem. Przeszli razem piekło Sowdepii, poradzili sobie na Dalekim Wschodzie Rosji, lecz na chiński ląd schodzą osobno. Ona z innym mężczyzną, on z nastolatką, którą się zaopiekował.

Co z tego wyniknie? Co zrobi Klim, który zna Szanghaj i ma znajomych sprzed lat? Czy Nina, nieznająca miejscowych stosunków, za to mająca przysłowiowy łut szczęścia poradzi sobie? Jak los potraktuje naszych bohaterów?
Kto zżył się z Klimem i Niną – a trudno sobie wyobrazić czytelnika, który pozostał wobec nich obojętny – ten koniecznie powinien przeczytać „Biały Szanghaj”. Nie będzie żałował nawet jednej sekundy spędzonej w towarzystwie tej książki.

Burzliwa epoka. Tom 2

ISBN: 978-83-8097-114-1
Format: 130mm x 200mm
Liczba stron: 512
Oprawa: miękka
Tłumaczenie: Rafał Dębski
DO KOSZYKA

Rozdział 1. Emigranci

Notatnik Klima Rogowa. Zyski i straty

Wyobrażam sobie, w jaki popłoch wprawiliśmy chińskich wartowników!

Wszystkie jednostki nawodne musiały przepłynąć obok fortu Woosung przy połączeniu rzek Jangcy i Huangpu: rzeźbione dżonki pod żaglami, podobnymi do smoczych skrzydeł, zakopcone barki węglowe, oceaniczne liniowce i najeżone bronią krążowniki.

Ale pewnego dnia, dokładnie 5 grudnia 1922 roku, z mgły wyłoniły się statki-widma, przeżarte rdzą, z łuszczącą się farbą na burtach i poszarzałymi banderami nieistniejącego mocarstwa – Imperium Rosyjskiego.

Nad falami Huangpu, przypominającymi barwą kawę z mlekiem, poniósł się dźwięk syren, zupełnie jakby wielkie ranne zwierzęta przyszły do obcego domu i jęczały w głos.

Kiedy statki zawijają do chińskiego portu, przybijają do nich dziesiątki sampanów z miejscowymi, którzy chcą sprzedać marynarzom rybę, owoce i tanie pamiątki. Do nas nikt się nie zbliżył. Uchodźcy, na dodatek w takiej liczbie, to nie jest miły widok dla ludzi o słabych nerwach.

Staliśmy na pokładzie czarnym niemym tłumem i patrzyliśmy na płaski brzeg, przysypany śnieżkiem, na fort i dalekie dachy o wygiętych w górę rogach.

Nad murem obronnym zagrzmiał armatni wystrzał. Zakazano nam dalszej podróży w górę rzeki, bo jeszcze byśmy zakłócili nie daj Boże spokój Szanghaju, miasta-marzenia dla sprytnych przedsiębiorców, panienek lekkich obyczajów i handlarzy opium.

Stanęliśmy pokornie na kotwicy, a po godzinie przybył kuter z oficjalnymi przedstawicielami Anglików i Chińczyków. Obejrzeli nasze brudne i oberwane wojsko, ustawione na pokładzie przed kuchnią. Na obiad mieliśmy gotowany ryż bez masła i soli.

Wiatr trzepotał spodniami i pieluchami rozwieszonymi na zabezpieczonych brezentem lufach dział. Z rufy dobiegały głuche śpiewy kapłanów, szykujących się do pogrzebu kobiety zmarłej na zapalenie płuc.

Kapitan zaprosił gości do mesy, do której z miejsca napchało się starszych oficerów i przedstawicieli społeczności cywilnej. Mnie, jako wielkiemu znawcy mowy Szekspira, przypadła funkcja tłumacza.

– Jesteśmy ostatnim oddziałem Białej Armii, pokonanej w rosyjskiej wojnie domowej – wyjaśniłem przybyłym. – Dwa miesiące temu czerwoni zmusili nas do opuszczenia Władywostoku i od tamtej pory próbujemy znaleźć jakąś przystań. Z Korei nas wygnano, do północnych Chin nie wpuszczono, więc całą nadzieję pokładamy w Szanghaju.

Kapitan okazał się człowiekiem pozbawionym taktu i zaczął udowadniać Anglikowi, że w Londynie, Paryżu i Waszyngtonie rządzą skończone łajdaki:

– Gdyby nie wy, w Rosji nie byłoby żadnej wojny domowej! Obiecaliście naszym generałom pomoc, a potem zostawiliście nas na pastwę losu!

W tych słowach było trochę prawdy: wyposażenie białogwardzistów całkowicie zależało od sojuszników. Ale w Europie dopiero skończyła się wojna, wszyscy byli nią zmęczeni, więc zachodni politycy uznali, że walka z bolszewizmem nie jest dla nich priorytetową sprawą.

Biali z trudem powstrzymywali Armię Czerwoną, która była wielokrotnie liczniejsza, a gdy pozbawiono ich wsparcia, klęska stała się po prostu nieunikniona.

Niestety, nasza historia nie poruszyła miejscowych oficjeli. W ogóle niewiele rozumieli z tego, co się dzieje w Rosji i z jakiej racji Wielka Brytania, a tym bardziej Chiny, powinny nam nieść pomoc.

– Musi zginąć świat, w którym każdy myśli tylko o sobie! – warknął na nich kapitan. – Nawet jeśli nie chcecie nas znać, co niby zrobicie? Teraz na świecie wszystko jest wspólne: i polityka, i wojny, i uchodźcy. Najlepiej nas od razu utopcie!

– Ilu was jest? – spytał z rozdrażnieniem Anglik. – Dwieście, trzysta osób?

Wyjaśniłem, że około dwóch tysięcy, a niebawem nadpłynie jeszcze dziewięć parowców. Przeszło połowa uciekinierów to żołnierze, oficerowie i kadeci. Nie mamy pieniędzy, prawie nikt nie zna obcych języków. Nie myśleliśmy jeszcze o tym, jak zamierzamy sobie radzić.

Twarz Anglika poszarzała.

– Nie damy rady przyjąć aż tylu ludzi! Jeśli wpuścimy was do miasta, zamienicie się we włóczęgów i przestępców. Lepiej odpłyńcie.

Nina, moja żona, też znalazła się w mesie.

– Przetłumacz – nakazała mi i zwróciła się do urzędnika: – Jeśli nas przepędzicie, zginiemy. Nie zostało nam już prawie węgla, a jedzenia wystarczy na dwa tygodnie. Okręty są w tragicznym stanie, dwa już zatonęły podczas sztormu.

Anglik i Chińczyk spojrzeli na siebie, najwyraźniej przerażeni.

– Chwileczkę… Dwa tysiące ludzi to z tymi utopionymi czy bez nich?

Obiecali zameldować o nas ojcom miasta i odpłynęli. A po dwóch godzinach zjawił się chiński okręt, który wziął nas na cel. Bardzo to było rozumne i zapobiegliwe – nigdy nie wiadomo, może nagle z rozpaczy zaatakujemy pokojowy Szanghaj? Przecież w ładowniach pełno broni, wystarczyłoby jej na niewielką wojnę.

DO KOSZYKA